2 października 2016

Miłość i sraczka przychodzi znienacka.

04 sierpnia wyprowadziłam się z rodzinnego domu. To dla mnie ważna data, ponieważ to jedna z nielicznych, odważnych decyzji w moim życiu. Myślałam, że ten krok da mi siłę, że zacznę kształtować siebie na nowo. Guzik prawda. Niestety moja osobowość jest zbyt słaba i nie dała rady sobie z emocjami, które towarzyszyły ciężkiemu okresowi, który przyszedł po przeprowadzce.
Ten czas miał być lepszym, a wyszło jak zwykle. Oprócz rozczarowania światem, czuję ogromny ból że skrzywdziłam swoich najbliższych. Moja infantylność sprawia że nie odnajduję się dalej w rzeczywistości, czasami nie potrafię sobie poradzić z najprostszymi sprawami. A serce wybiega w przyszłość, ma piękne idee i marzenia. Trudno być romantycznym marzycielem w świecie, w którym większość szlachetnych pomysłów i planów jest spalana na panewce ponieważ nie ma się tylu możliwości ile by się chciało. Brak szaleństwa i odwagi w społeczeństwie to norma. A jednak ja sięgam myślami dalekiej przyszłości i kombinuję jak ją zrealizować w 100%.
W życiu żałuję tylko kilku rzeczy. Kilku odrzuconych (przez własną głupotę) ludzi... Kilku niewykorzystanych szans i chwil... A głównie żałuję tego, że jestem naiwna i nie dbałam o siebie samą. Porzuciłam szkicowanie, przestałam czytać w pewnym momencie, a teraz, po kilku latach ciężko jest wrócić do pewnych nawyków. Tym bardziej, że moja samoocena sięgnęła dna, a na chwilę obecną kopie pod sobą dół, żeby się schować całkowicie. Mimo tego ile mam sobie do zarzucenia mam dziwne poczucie, że Bóg nie pozwoli mi upaść bardziej. Że ma dla mnie jakiś piękny plan i jeszcze się spełnię. Od lat żyję nadzieją. To się nigdy nie zmieni... To uczucie podsycane jest nieoczekiwanymi zwrotami akcji, które pojawiają się okazyjnie i powodują bałagan jak po tornadzie.

Brak komentarzy: